O mroźnym starcu i niepozornej królowej. (cz.1)

 Od kilku dni, po Polsce przechadza się pewien dziadek, nie Kowalski czy Nowak, ale najprawdziwszy Dziadek Mróz! Brr, dla zmarzluchów, do których niewątpliwie należę, opuszczenie domu przy temperaturach poniżej 0°C, to karkołomny wyczyn. Na szczęście, można schronić się U Milscha, gdzie, po tegorocznym remoncie, stare, żeliwne kaloryfery ożyły i darzą nas przyjemnym ciepłem.

 Jak wiadomo, ogrzewać należy się w dwójnasób, od zewnątrz oraz od środka, a ściślej, od brzucha. Dzisiejszy wpis poświęcam zatem bohaterce, która, choć pozorna i przez wielu uznana za nudną, potrafi, jak nikt inny, poradzić sobie ze zgubnym działaniem chłodu. Podczas gdy podstępny Dziadek Mróz oziębia nasze ciała i serca, powoduje, że zamykamy się w sobie, stajemy się nieskorzy do rozmowy, a jedyne dźwięki, jakie wydajemy, to szczęknie zębami, Zupa działa zgoła odwrotnie. Już pierwsza łyżka gorącej zawiesiny sprawia, że na twarz powracają rumieńce i pogoda. Rozluźnieni i rozgrzani chętniej otwieramy się na innych. 

W jednej z zasłyszanych opowieści, piekło i niebo wyglądają bardzo podobnie. W obu krainach znajdują się pięknie nakryte stoły z ozdobnymi wazami pełnymi wspaniałej zupy. Jedyne sztućce, jakie posiadają biesiadnicy to bardzo długie łyżki. Na tyle długie, że mieszkańcy nie są w stanie jeść samodzielnie. Różnica między światami polega na tym, że w niebie ludzie są nasyceni i szczęśliwi, bo karmią się wzajemnie, a w piekle cierpią głód, bo są tak bardzo zamknięci w swoim egoizmie, że nie potrafią zatroszczyć się o współbiesiadników.
bowl-1838320_1920jpg

 Zupa jest prawdziwą królową potraw. W jakiś szczególny sposób rozgrzewa nie tylko ciało, ale i ducha, buduje między ludźmi więź i jedność. Nie da się jej spożyć szybko, to nie kanapka, z której można urwać kęs i pobiec do swoich spraw.

 Zupa uczy cierpliwości. Matka, która karmi małego niejadka, wie o tym najlepiej.[1] Francuzi swoją mamę nazywają często pot-au-feu (rosół), przypadek? ;-)

 Chyba każdy ma choć jedno miłe wspomnienie niedzielnego obiadu, gdy domownicy gromadzili się wokół aromatycznego rosołu. Ile przy tym okazji do rozmowy i śmiechu. A to makaron, nieporadnie nabrany na łyżkę, zamiast w ustach, znajdzie się na brodzie lub zawróci do talerza, to znów nestor rodu, chcąc zwrócić uwagę obecnych, zacznie opowiadać anegdotę… dobrze znaną najbliższym. Z całą pewnością zupa jednoczy.

 Ojciec Karol Meissner, wśród pytań, jakie powinni postawić sobie zakochani, przed podjęciem decyzji o małżeństwie proponuje następujące: Czy zjedlibyście gęstą zupę z jednego talerza jedną łyżką? Trzeba być blisko siebie, w prawdziwej przyjaźni, żeby wspólnie jeść zupę. A skoro o przyjaźni mowa, to gdzie lepiej ją zawiązywać i umacniać niż w górach, podczas wspólnych wycieczek. I tu z pomocą śpieszy zupa, a dokładnie jej kuzynka z południa Polski – glumza, czyli szybka polewka z tego, co pod ręką. Zmęczeni, ale szczęśliwi uczestnicy wyprawy, dzielą się tym, co posiadają i z radością spożywają pożywną glumzę.

 

  A gdyby i nas zbliżyła zupa? Proponuję mały eksperyment, który jednocześnie, mam nadzieję, będzie okazją do budzenia wspomnień. Proszę w komentarzu pod dzisiejszym wpisem umieścić nazwę ulubionej zupy. Odważnych zachęcam do uzasadniania wyboru. W nagrodę zaprosimy zwycięzcę na obiad. Oczywiście będzie i ulubiona zupa.



[1]    Swoją drogą, niejadkom o stalowych nerwach, polecam zapoznać się z pouczającą opowiastką XIX wieczną „Historia bardzo smutna o chłopcu, który nie chciał jeść zupy” z tomu „Staś straszydło”  Heinricha Hoffmanna

blog comments powered by Disqus
blog comments powered by Disqus